Moje mrówki

Losy mojej pierwszej kolonii Lasius niger - od pierwszego dnia.

Moje zdjęcie
Nazwa: Maciej Śnieżek
Lokalizacja: Warszawa, Poland

27 listopada 2009

Przeprowadzka

Przyszły: świeżutkie formikarium z zestawem startowym plus probówka z królową Lasius niger i dwudziestoma córkami. Arena została urządzona, korek nawilżony, a całe formikarium ogrzane do temperatury pokojowej. Ktoś bardziej cierpliwy otworzyłby probówkę z młodą kolonią i położył gdzieś w okolicach wejścia do gniazda. Ja natomiast zdecydowałem się na metodę nieco brutalniejszą, czyli wytrząśnięcia mrówek...

Zniosły to nad wyraz dobrze. W pierwszym momencie robotnice wyglądały na nieco zdezorientowane - zwyczajnie rozeszły się po arenie, zostawiając królową samą. Jednak już po chwili skupiły się ciasno wokół niej, tylko niektóre wypuszczały się, badając teren. Miałem pewne obawy, czy na zdecydowanie za dużej dla tej wielkości kolonii arenie uda im się odnaleźć wejście, ale nie było z tym żadnego problemu. Wkrótce kilka mrówek zajęło się eksploracją korkowych wnętrz.

Gdy było jasne, że wszystko jest OK, królowa opuściła dołek w piasku i dostojnie udała się w kierunku gniazda. Nie miała jednak ochoty na zwiedzanie, a na swoją pierwszą siedzibę wybrała fragment korytarza do pierwszego zakrętu, mniej więcej centymetr od wejścia. Początkowo towarzyszyła jej połowa córek, podczas gdy druga zajęła się eksploracją okolicy. Znalazły wcześniej przygotowane przeze mnie karmidełko z odżywką, która im najwyraźniej zasmakowała - raczyły się nią na zmianę przez kilka godzin, karmiąc się wzajemnie (trofalaksja), a także (zapewne) przekazując przysmak matce. W tym czasie królowa zaczęła składać pierwsze jaja... Po zaspokojeniu głodu wszystkie mrówki otoczyły ją ciasno, niemalże nie wychodząc na zewnątrz, pomagając przy składaniu i zajmując się jajami. Tylko czasami jedna czy dwie z nich udawały się na krótki rekonesans, czasem wracając z ziarenkiem kwarcu, które kładły przy wejściu do gniazda. Czyżby nie odpowiadało im chodzenie po szkle i korku?

Mrówki coraz rzadziej wspinają się na szklane ściany formikarium, trzymają się też raczej okolicy gniazda (nie dalej niż 5-7 cm od wejścia). Co ciekawsze, uciekają przed intensywnym oświetleniem, staram się więc ograniczyć dokładniejszą obserwację z latarką... Na koniec dnia nawilżyłem fragment piasku z areny i zostawiłem podopiecznym miłą niespodziankę - kroplę miodu gryczanego - ale chyba są najedzone:) Widzę, że królowa z kilkoma przybocznymi przeniosła się o ok. 1 cm w głąb gniazda, opuszczając tym samym pierwszą komorę lęgową.

Oto - całkiem bogata i na szczęście w 100% pozytywna - historia pierwszego dnia mojej pierwszej kolonii:)


Komentarze (0):

Prześlij komentarz

Linki do tego posta:

Utwórz link

<< Strona główna